środa, 21 września 2016

My (almost) American childhood..., czyli Rudowłosa/Lady Lovely Locks i Lemon Meringue/Strawberry Shortcake

Pogoda daje się nam wszystkim ostatnio we znaki... A mnie daje się we znaki mój komputer... Ten post miał się pojawić w moje urodziny, czyli spory kawał czasu temu, ale cały się skasował :( mimo zapisywania... zabierając ze sobą wszelkie chęci blogowania. Ale nic nie może przecież wiecznie trwać, więc postanowiłam skasowany, choć odchudzony, post odtworzyć.

Kiedy pogoda w wakacyjne dni wczesnych lat 90. była taka jak dziś, czyli deszczowa i chmurzasta, mała MoxieFun, korzystała chętnie z dobroci mieszkania w mieście. A były one (przynajmniej dla mnie) dwie: muzea oraz... wypożyczalnie kaset VHS (i kino!)! Sacrum stykało się z profanum, wielkie przestrzenie z setkami schodów w górę! z małymi, piwnicznymi "dziuplami". Na moim osiedlu było takich wypożyczalni kilka, najlepiej pamiętam trzy. To na kasetach w nich wypożyczonych oglądałam wszelkiej maści "prawdziwe" Godzille, dowiadywałam się, że Indiana to nie tylko stan USA, oraz (spojler!) czyim Vader jest ojcem (choć nie było to dla mnie aż takie zaskoczenie;-)). A obok wszelkiej maści filmów, zwłaszcza Kina Nowej Przygody, oglądałam oczywiście, jako dumna posiadaczka dwójki młodszego rodzeństwa, wszelkiego rodzaju bajki. Jedną z nich, dograną dla wykorzystania pustego jeszcze miejsca na kasecie z jakąś bajką pełnometrażową, chyba jako reklamowa zajawka była... "Lady Lovely Locks" czyli "Panienka/Królewna Rozkoszny Loczek", historia o dziewczynce - "księżniczce", o jej przyjaciółkach ludzkich (pokojówkach o imionach Mała Grzywka ang. Maiden CurlyCrown i Rudowłosa ang. Maiden FairHair) i zwierzęcych (długowłose i długoogoniaste "chochliki" czyli Pixietails), o księciu zaklętym w psa, o niewidomym (chyba) i dobrym (na pewno) magu oraz złej (choć wcale nie starej ani nie brzydkiej) czarownicy. Jako posiadaczka długich włosów z miejsca zakochałam się w Lady Lovely Locks... Gdybym wychowała się w Stanach zapewne jej wersja lalkowa zagościłaby na mojej półce, ale w Polsce... nikt o takiej lalce (a żeby tylko o lalce, o bajce nikt nie wiedział, no chyba że ja) nie wiedział. O tym, że są i jakie są dowiedziałam się z bloga Kidy, która jak dobrze pamiętam ma księcia. Ale LLL przybyła dla mnie w inny sposób - jako lustereczko i szczotka do włosów z jej emblematami, które otrzymałam od amerykańskiej rodziny. Niestety lusterko nie zachowało się w dobrym stanie, a szczoteczka zaginęła, ale bawiło się nimi tyle dzieci.... lecz najpierw moja siostra i ja, w ciągłym wyścigu o laur najdłuższych włosów, tak długich jak u LLL. PS Wciąż wygrywam, ale nie są jeszcze ;-) tak długie.
Oglądając zdjęcia laleczek LLL stwierdziłam, że z wielką chęcią przygarnęłabym te mattelowskie cuda, toteż, gdy tylko zobaczyłam pewną buźkę na byłej tablicy, byłam pewna, że to buźka nie tylko mi znana, ale i pożądana. Tak oto, za niewygórowana cenę, zakupiłam od przemiłej pani Pauliny Rudowłosą - jedną z pokojówek/przyjaciółek LLL w stroju swojej koleżanki. Razem z nią przybyła starsza nieco od niej lalka, bo pochodząca z drugiej serii laleczek Truskawkowe Ciastko od Kennera (dokładny opis mojej dziecięcej laleczki po ang. tutaj a retrospektywę serii również tutaj) - Lemon Meringue :-) czyli Tarta Cytrynowa.
Co oprócz mojego dzieciństwa, wspólnego ich zakupu, świetnego zachowania i ogólnej uroczości łaczy Cytrynkę i Rudą? Obie to postacie stworzone przez firmę projektującą okolicznościowe kartki pocztowe - American Greetings, która przez lata dostarczała przemysłowi animatorskiemu i zabawkarskiemu solidnych porcji pomysłów. Wystarczy wspomnieć Troskliwe Misie (znałam tylko z bajek, ale brat miał już mini misie), Popplesy (te już miałam, w dzieciństwie tego, ale na starość udało mi się dokupić jeszcze dwa inne). Choć między obiema lalkami jest jakieś dziesięć lat różnicy, to obie wywołały miłe wspomnienia, zarówno bajkowo-fałhaesowe, jak i lalkowe. Jako dziecko posiadałam bowiem kennerowskie Truskawkowe Ciastko, jego domek/kawiarnię z prawie pełnym wyposażeniem oraz trzy mini pachnące figurki z tej bajki: dwa TR (in her nightgown, with tree berries) i jedną Blueberry Muffin (with her hoe). Co ważne, to lalki sprzed mojego urodzenia, a mam je do dziś.

Jeśli spodobało się Wam moje (prawie) amerykańskie dzieciństwo, zapraszam do pierwszego posta z tego cyklu, o tutaj.

A teraz, dla cierpliwych, omawiane laleczki po przybyciu do mnie, w kolorach lata...






16 komentarzy:

  1. Bardzo ładna laleczka, nie miałam pojęcia o ich istnieniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja przez wiele lat też nie, teraz nadrabiam ;-)

      Usuń
  2. No proszę :) całe życie się człowiek czegoś nowego dowiaduje :)
    Laleczka cudna i już :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Chętnie przygarnęłabym resztę towarzystwa, nawet "wiedźmę" :)

      Usuń
  3. Obie śliczne, sympatyczne, radosne i z pewnością poprawiające humor!

    OdpowiedzUsuń
  4. też nie wiedziałam o ich istnieniu wcześniej, fajne maluchy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo fajne, i zadbane, a dzięki długiej sukni u Rudej nie widać przebarwień nóżek :-)

      Usuń
  5. Urocze maluchy :):) Mam nadzieję, że kłopoty z komputerem już się skończyły . Spóźnione, serdeczne życzenia Urodzinowe !!!! :):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenia! Mam nadzieję, że to już moich zmagań z komputerem ;-)

      Usuń
  6. Maluchy fajne, ale czekam na wieści, jaki fun mają Twoje Moxie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja cierpliwość została nagrodzona!

      Usuń