Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trupek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trupek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

Fioletowy fascynator, czyli "ślubna" NN Barbie Superstar (Island Fun)

Niby maj jest bez "r", więc ślubów jak na lekarstwo, ale jeśli ktoś tak jak ja w przesądy nie wierzy (nie wierzyli w nie i moi dziadkowie, którzy rocznicę ślubu obchodziliby 1. maja), ma ku ślubnym dzwonom w maju wiele uroczych "okazji" - długie weekendy, słoneczne dni, konwalie i inne białe kwiaty, które nawiasem mówiąc, tak bardzo lubię...

Dzisiejsza Barbarę poznaliście jakiś czas temu, o tu. Przybyła ze Skipper i ubrankami z "różnych parafii".
Lalkę wymyłam, zwłaszcza włosy - te akurat na końcach się skręciły, więc tylko lekko je rozczesałam. Prócz ubytku włosów i chcącej się nadkruszyć szyi, którą wzmocniłam akrylem oraz "domowych" dziurek w uszach, lalka jest w świetnym stanie.
Jakoś od początku myślałam o niej jako o pannie młodej. Ale do jej makijażu - fioletowy cień do oczu - biała sukienka mi nie pasowała... choć to właśnie ona przybyła mi z pomocą - przy zepsutym rzepie był kawałeczek ciemnofioletowej wstążki. Uznałam to za dobry znak i postanowiłam ozdobić sukienkę taką właśnie szarfą.
Drugim około ślubnym problemem okazały się włosy Barbary. Piękne, lekko kręcące się, lecz wycięte nad lewym okiem. Wpadłam zatem na pomysł by zrobić Młodej wstążkową opaskę... a potem na jeszcze lepszy - wstążkową ozdobę do włosów, zakrywająca ubytek. Nazwałam ją modnie fascynatorem ;-)
Postanowiłam użyć do tego także fioletowej ozdoby do włosów, jak podejrzewam należącej kiedyś do  Totally Hair Barbie z 1992 (czy przypomina Wam myjkę do ciała? ;-)) To pod jej kolor, z pamięci dopasowałam w zeszłym tygodniu wstążkę i "szyłam".
Myślałam inaczej, wyszło tak jak niżej, myślę, że całkiem udanie, choć okazało się, że sukienka jest nieco za ciasna na Barb i nieco spada (doszyłam rzep i wstążkę; ozdobę owinęłam wstążką i przypięłam zabezpieczoną lakierem przed utlenianiem szpilką). A teraz kilka zdjęć (za bukiet posłużył materiałowy pierścionek). Towarzyszy stojaczek na jedną nogę (taki z lat 80. XX w.), nabyty również z lalką.
Ja wiem, że w Malezji (sygnowana: ciałko 1966, głowa (wewnątrz) 1976) wyprodukowali dużo takich (mnie przypomina moją Barbie z dzieciństwa o imieniu Majka), ale może ktoś coś?
Edit: Dzięki Lunarh wiem już, że jest to Barbie Island Fun z 1987. DZIĘKUJĘ!!!






 
 
 

 
 
Barbie Superstar: NN
Barbie Island Fun, 1987
Dzięki jeszcze raz serdeczne dla LUNARH!
 

środa, 29 kwietnia 2015

Apdejt, czyli co słychać u moich ostatnich zdobyczy

Korzystając z okazji i z tego, że mam czas i chęć i... komputer pod ręką - spam zdjęciowy z akcji "uratuj lalkę z SH" ;-)

 
 Zwracam honor poprzedniemu właścicielowi Flerki -
rzęsy były wepchnięte do środka głowy, teraz myślę, że w transporcie.
 
 
A oto ona i one ;-)
 
 
Kąpiel odświeżająca... i strasząca gości w mojej łazience ;-)
 
 
Nigdy byście nie zgadli - pod skarpetami, trudnymi do zdjęcia sztywnymi butami...
Pippi nie miała dużych palców u nóg... Choć ich nie widać, postanowiłam je jej przywrócić.
 
 
A oto co z tego wynikło... cóż lepszy rydz niż nic...
 
 
Nie, to nie kurzajka ;-) To brak kawałka palca...
efekt końcowy wygląda lepiej!
 
 
Pippi i z panem Nilssonem, który ma nowo pomalowany na czarno nosek,
na pościeli z IKEI ;-)
Bluzeczkę uszyłam ręcznie i na oko, jeden rękaw był za krótki
- dodałam kawałek materiału w kratę.
 
 
Wielbiciele Fleur będą musieli jeszcze trochę poczekać - mój (anty)talent "szyciowy" przygotowuje ją i Sindy na ich (no dobra, na moją) trzydziestkę ;-)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Doll Kong, czyli sztuka zapełniania łiszlisty za złoty dwadzieścia (za głowę)

Miałam dziś pisać o czym innym, i miałam jak zwykle tysiąc pomysłów na tytuł (tak wiem, powinien być King Doll)...

Zdecydowanie muszę częściej marzyć w komentarzach na Waszych blogach (i na swoim też).
Prawie miesiąc temu marzyłam w Dollinie Sindy o choć jednej Fleur, a dziś, też o nich, u siebie odpowiadając na komentarz zbierającej je anikp.
Dlaczego o tym piszę? Po kolei...
Moja praca wymagała dziś wyjątkowo pójścia na miasto, przy okazji wracając na nogach do domu (półgodzinki spacerkiem, bo pogoda zdecydowanie lepsza niż w weekend), odwiedziłam przygrożny SH. Nie jest on takim sobie SH, to SH właściwie w centrum, przy ważnej komunikacyjnie ulicy... Dziś była dostawa, i nieco tłoku, ale godziny popołudniowe, więc nie spodziewałam się wielkich zdobyczy. 
Czy sprawił to remont ważnej miejskiej arterii, czy była to nagroda za spełnienie dobrego uczynku (głodnych nakarmić) ;-) czy też owoc cierpliwości/rzadkości wizyt w tym miejscu (nigdy nie znalazłam tam lalki)... w każdym razie nikt nie zainteresował się do tej 14:30 zabawkami, a może (na moje szczęście) nie znał się i dlatego pogardził. Może kiedyś i ja bym ominęła, bo miałam zasadę tylko Moxie, ale z niej zrezygnowałam, w dużej części dzięki Wam - pokazujecie takie piękności, że aż grzechem! byłoby choć jednej z nich (mimo, że nie Moxie) nie posiadać!
Oto, co leżało pod pluszakami... To iście hollywoodzka historia... (nie tylko dlatego, że zabawki na kila przecenione, mimo świeżej dostawy) wymaga więc odpowiedniej oprawy...

Spokojne miasto terroryzuje ogromny goryl wspinając się na jeden z najwyższych jego budynków...



To, że w ręku dzierży nóż nie przeraża aż tak bardzo jak to, że porywa ze sobą piękną dziewczynę...

Jaki tam goryl! - oburza się piękna jak kwiat dziewoja... To malutki dzidziuś, który w ręce ma nie nóż, a buteleczkę...
Tak, pod pluszakami zamajaczyło mi gołe ciałko - myślę: jakaś lalka, jest dobrze! A to jak się okazało, nie tylko jakaś!
To zdecydowanie TA lalka. Golutka, ciałko zwykłe, lata 80. z tego co poczytałam (tu i tu), włosy rude, bez grzywki, kucyk, ale z tego co widzę miały przedziałek, jakiś brud szminkowo-różowy na głowie... Co mnie przestraszyło, ale dopiero po powrocie do domu (wyszłam ze sklepu pospiesznie, nie oglądając się za siebie, bo za lalkę zapłaciłam mniej niż za najtańszy bilet komunikacji miejskiej): brak rzęs i loga Fleur. Co do rzęs - wyobrażacie sobie, że ktoś wyciął, a może lepiej będzie jak powiem: wypchnął je z oczu?! Na szczęście jestem już spokojna - są w czaszce, ale boję się na razie je wyciągać i wkładać na swoje miejsce. Uspokoiłam się też co do braku logo, jak doczytałam, są i takie egzemplarze.
Monchhichi (jego urocza histroria tutaj) też na fali dziecięcych chyba wspomnień mieć chciałam i proszę - jest, tylko duże (chyba gdzieś "u rodziców" powinnam mieć małe, ale nie jestem pewna).
Jako bonus... też dzisiejszy zakup - bohaterka jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa - Pippi. Wydanie "Made in China", metka ucięta, zostało na niej tylko: "C Astrid Lindgren'/Semic"... Lubię rudych, ale to to... tak brzydkie, że aż piękne. Miałam ją zostawić, ale jak stwierdziła sprzedawczyni, spoglądając na mnie dziwnie (pewnie myśląc: "przecież najlepsze zabawki to ja mam na regale za sobą/po co komu coś takiego/przecież to nie Barbie/niech ona nie dodaje po jednej rzeczy na wagę"): "Niech Pani da wszystko, to będą grosze". To były złotówki, ale i tak wzięłam wszystko.
No co się tak gapisz! Przecież to nie żaden Empire State Building, ale latarenka z Ikei. 
Kwintesencja szwedzkości, tak jak i ja!
PS Prócz ww. do przydasiów dołączyły plastikowy pojemniczek, porcelanowy talerz i giętki wąż... Może wystylizuję Fleur na biblijną Ewę? Na razie muszę wymyślić jak dodać do bloga coś w stylu zakładki w "wishlistą", skoro po wyjawieniu Wam, bracia i siostry w kolekcjonerstwie, moich lalkowych marzeń owe się spełniają... Myślałam, że zajmie mi to lata, zwłaszcza Fleur, bo budżet lalkowy przeżywa kryzys, a tu... Spełnienia marzeń i Wam życzę!

sobota, 4 kwietnia 2015

Zmartwychwstała lalka, czyli Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Nikogo nie można uratować na siłę, wbrew jego własnej woli. Świadomość ta uderza i boli, zwłaszcza gdy na tym kimś bardzo nam zależy. Bardzo.
Walczymy, staramy się pomóc, wierzymy, że się poprawi, często w końcu odchodzimy, odsuwamy się, chociaż kochamy, z nadzieją, że kiedyś, gdy błędy zostaną zauważone i naprawione, nastąpi powrót. Powrót człowieka, którego znaliśmy na początku, a którego teraz w nim nie ma. Cóż, nikogo "ten drugi" nie możne uratować od... niego samego. A chciałoby się.
Lalki zaczęłam zbierać "na poważnie" w dość specyficznym okresie mojego życia, które stawało się, pod pewnymi względami, wówczas powoli mniej oczywiste, a bardziej oniryczne (niestety z rodzaju spełniających się... koszmarów).
Lalki, prócz tego, że są piękne i cieszą (zwłaszcza oko), zadziwiają i zachwycają (różnorodnością: moldów, ciałek, ubrań, dodatków...), pozwoliły mi wtedy (i wspierają to do dziś), jak słusznie napisała Metka o sobie - "nie myśleć o głupotach", co dla empaty bywa dość trudne. Już samo lalek układanie, przekładanie, segregowanie (i szukanie o nich informacji) wprawia mnie, "pedanta na odwyku", w dobry nastrój i uspokaja, wprowadzając pewnego rodzaju miłe uporządkowanie w małej, ale jednak ważnej, sferze życia.
Tak, jestem uporządkowana, bywam dokładna i akuratna. Bywa, że widzę dalej, lepiej liczę, przewiduję konsekwencje, dlatego... chcę każdego ostrzec, wszystkich (pomóc) uratować. Mam swoje zasady i nimi (zwłaszcza: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe) się kieruję, żałując, że nie wszyscy tak robią. Dziś, w Święto Zmartwychwstania Jezusa, cieszę się z bliskimi z tej wielkiej Nadziei na Życie, ale i wspominam, ze smutkiem i bólem tych, którym nie tak dawno życzyłam powstania z ich problemów, wyrażając wiarę w możliwość odrodzenia i odbudowy... a którym to zupełnie się nie udało (a nawet pogorszyło, z ich własnej winy). Jest mi przykro, bo wydaje mi się, że mogłam zrobić więcej, ale zdroworozsądkowo wiem, że nic nie mogłam zrobić. Jeśli syn marnotrawny sam nie wróci do ojca, to nie pomogą mu wielkie neony: Zawróć, Przestań, Skończ z tym, rzucane mu pod stopy przez przyjaciół. Trzeba się z tym pogodzić.
 
To nie tak, że wolę lalki od ludzi (choć... może od niektórych;-)), ale im przynajmniej można pomóc i ratować je skutecznie, pewnie dlatego, że nie mają wyjścia Ich odrodzenie nie jest ich zasługą, tak jak ich zepsucie nie jest ich winą (pamiętacie "Toy Story 3"?).
Moje naprawy zaczęły się od skupowania ciałek - miałam nimi naprawiać lalki z dzieciństwa, ale w końcu tego jeszcze! nie zrobiłam. Potem przytrafiły się główki, które zaczęły znajdować właścicielki wśród ciałek. W końcu pojawiły się trupki. Prawie wszystkie one wymagały: "pary", napraw, odziania, obucia... A że naprawianie uspokaja mnie jeszcze bardziej...
Dziś z życzeniami Spokojnych Świąt w gronie Bliskich i wszystkiego dobrego, lalka, którą udało się uratować. Mogłaby z powodzeniem nosić imię Anastazja (tzn. Zmartwychwstała), gdybym tylko nadawała moim lalkom imiona. Podejrzewałam ją o bycie Mattel Mermaid Barbie z 1991 (więcej o niej tu), ale ma o jedną kropkę za dużo w oku... Gdyby nią  była, to przeszłaby u mnie prawdziwą metamorfozę, z syreny znającej jedynie wodne pielesze, przez lądową piękność, po kochającą przestworza pilotkę ;-) Edit: Jest nią, jest! Dziękuję za potwierdzenie Misia27!
 
Lalka przyjechała z głową przyklejoną do szyi.
Postanowiłam przy niej pomajstrować - pięknie się rozstały,
a dodatek okazało się (nie pamiętam czy nie wcześniej, czy dopiero po odklejeniu),
że w środku głowy Barbie ma "grzechotkę" - haczyk szyjny!
Udało mi się go wydobyć pęsetą :-)

Jak widzicie, głowa była przyklejona nie bez powodu, troszkę tej szyjce brakuje...
Na szczęście trafiła do domu, gdzie (odpowiednio zabezpieczone), przechowywane są:
cielisty akryl i aceton. Łóżko polowe na tekturze i do dzieła, pani doktor!

Żeby nie zakleić akrylem haczyka, włożyłam kawałek kartki między go a "in spe" akryl.
Potem karteczkę wyciągnęłam.

Szyja po zabiegu. Zielono mi....

Po nałożeniu głowy wygląda to tak /\.
Pewnie da się lepiej, ale lalka, której make-up
należy do moich ulubionych wśród superstarkowych, rusza głową!
 
Córa marnotrawna Mattela po remoncie, w nowym ubranku (pilota) by China ;-)
Nie wiem jednak czy na tym poprzestanie!
Tak, tak, niezależni eksperci w Twojej osobie, Misia27 [DZIĘKUJĘ!] - orzekli,
że jest to faktycznie matka wszystkich mattelowskich syrenek: Mattel: Barbie Mermaid, 1991.
 
Kochani, raz jeszcze wszystkiego najlepszego!
Życzę Wam z całego serca, abyście powstali, wzorem Jezusa, z Waszych trosk i problemów, zwłaszcza w sytuacjach, które wydają się już martwe i przegrane!
Mam jednak nadzieję, że takich nie macie, dlatego życzę Wam tak:
Niech otaczają Was zawsze prawdziwe: pokój, radość, miłość i szczęście!
Wesołego Alleluja! MoxieFun

poniedziałek, 23 marca 2015

Coś nowego, czyli Miranda Diva Starz

Zanim Alicja, a zwłaszcza bogate łupy z SH nie zmieniły moich planów postowniczych, chciałam pochwalić się tą lalką.


Miranda, Diva Starz, Mattel: 2001
Jak widać już na pierwszy rzut oka - to nie Moxie to nawet nie MGA. To Miranda Diva Starz od Mattela, jedna z moich dziwniejszych (i bardziej lubianych) domowniczek.
To było tak... Właściwie nie pamiętam dokładnie już jak, ale skoro znalazłam ją na aukcji, musiała być podpisana w stylu "bratz/moxie", którą nie jest i nie była... ale zainteresowała mnie. Taką lalkę widziałam po raz pierwszy w życiu! Nie wiem najzupełniej dlaczego, może po prostu lubię brzydkie lalki (lub skrajności), bo niezwykle mi się spodobała. A ponieważ w tamtych czasach "rozgrzeszyłam się" już z kupowania lalek innych niż Moxie zdaniem: dobrze mieć w kolekcji, tak TYLKO dla przykładu, po jednej INNEJ niż Moxie lalce, zalicytowałam.
Lalka poszła po cenie wywoławczej, ale nie spodziewałam się niczego innego po gołym, choć jak widzę, a raczej nie widzę po aukcjach, dość rzadkim u nas, trupku. Gdy przybyła do nowego domu, okazało się, że ma ubytki w palcach ręki i stóp, a co gorsza nie pasują na nią żadne buty. Zanim jednak odziałam, postanowiłam się dowiedzieć, kim panna owa jest. Powoli "poszło", znalazłam nawet instrukcję dot. wymiany baterii w lalce ;-) (ale tego nie zrobiłam).
Gdybym wtedy trafiłam na bloga Kidy, oszczędziłabym sobie kłopotu, ale trafiłam tam (postnie biję się w pierś) dopiero kończąc ten post - jeśli chcecie zobaczyć lalki Diva Starz w tym najładniejszą wg mnie Tię (oraz jej koleżanki w oryginalnych ubrankach i butach!) na naprawdę dobrych zdjęciach - polecam!
Lalki Diva Starz Mattel wypuścił w sezonie świątecznym roku 2000. W pierwszej serii, ich ubranka nie były materiałowe, lecz plastikowe. Kiedy zakładało się ubranko lalce, komentowała ona swój nowy strój wgraną frazą (dzięki - z tego co zrozumiałam - magnesom znajdującym się na nich i na lalce), mogła także "rozmawiać" ze swoimi koleżankami z serii. Lalki były wysokie (28 cm), każda miała "prawdziwe włosy" i zwierzaka. A! I świeciły im się usta, jak mówiły ;-) Pojawiły się tylko w dwóch odsłonach (seriach) oraz w wersji mini (mniejszej, mniej też w niej mówiły). U nas najczęściej można spotkać ich mcdonaldsowe wersje. Początkowo lalki były 4: Tia - czarnowłosa murzynka, Summer - rudowłosa, Nikki - brązowowłosa mulatka i Alexa - blondynka. Piąta, niejako zastępująca Summer - Miranda pojawiła się w serii Fashion Diva Starz (cóż, w Mattelu wolą blondynki i róż). Wszystkie lalki z tej serii miały ok. 30,5 cm wzrostu i wypowiadały tylko 4 zdania. Z reklam i "pudełkowych" zdjęć w "internetach" wnoszę, że była jeszcze jedna wersja "niższa" z Mirandą. Więcej diw nie było, Mattel zainwestował (na krótko) we Flavas i na dłużej w My Scene.


Moja Diva to, jak już wspomniałam Miranda, druga blondynka w DS: jasna "skóra", blond włosy z różowymi pasemkami (tak można ją odróżnić pod Alexy), zielone oczy i różowe cienie do oczu. Miała też swoje CV: miała być wesołą, artystyczną duszą, wydająca czasopismo, którą pozostałą 3 spotkała na koncercie. Nie miała, jak pozostałe lalki, przypisanego sobie koloru, ani zwierzaka. Po naciśnięciu miękkiego czubka głowy, mówiła głosem Tary Strong, tej samej, która dubinguje Twilight Sparkle w MLP: FiM (zajrzyjcie tu i tu), jeśli chcecie usłyszeć ją "w akcji"). Miała sporo akcesoriów: sukienkę, buty, kosmetyki, ozdoby do włosów, komórkę, torbę...



Moja nie miała niczego ;-) Pomocy w odzianiu udzieliły Bratz i (chyba) Barbie oraz (pewnie) jakiś klonik w kwestii korony ;-) W obuciu niestety nikt pomóc nie mógł, dlatego pozostała bosa. Na potrzeby "obfocenia" wymyśliłam więc, że jest jak Paris Hilton - bogatą dziedziczka, która wychodzi ze swego hotelu na prywatną plażę z drinkiem w dłoni (tak, to ta z obciętymi palcami). Towarzyszy jej pies (to Taffy od ale bez szczeniaczków) oraz, ponieważ nie mówi jak Tara - dwie Twilight: większa "po dziecku" z McD i mniejsza - nówka z pudełeczka.
Miranda z... egzotycznym drinkiem z palemką ;-)



...z pieskiem Taffy...



...z Twilight Sparkle (x2) ;-)







A na koniec obie Twilight, jeszcze nie jako Księżniczki (bez skrzydeł). Twilight-Księżniczkę mam w wersji do składania, ale jeszcze nie złożyłam ;-)


Chyba najlepszym zdjęciem w tym zestawieniu dziękuję Wam za odwiedziny, komentarze, a zwłaszcza za łaskawe przyjęcie w gronie blogujących lalkowiczów! Nigdy bym nie pomyślała, widząc "bidną" jedynkę na liczniku odwiedzin pod koniec stycznia, że w dwa miesiące ponad 1000 razy będziecie tu zaglądać.
Dziękuję, pozdrawiam i życzę spełnienia lalkowych marzeń! MF
----------------------------------------------------------------------------------------

Dzisiejsza lalka:  Miranda
Linia lalek: Diva Starz, 2001
Producent: Mattel
Oficjalna strona: http://www.mattel.com/
Opis: Wysoka (powinna być na 30,5 cm), ale bez butów będzie ze 29, oczy zielone, włosy blond z różowymi pasemkami, długie (do ud), proste. Ruchome: głowa, ręce, nogi. Ubrania: różowa spódniczka w kratkę i top (od Barbie?), kurteczka (ten od Bratz), srebrna korona (od klona pewnie, wykonanie takie sobie, mam ją, jak i pozostałe ciuszki, z drugiej ręki). 
Właściciel: drugi?
BONUS:
Suczka Taffy z zestawu "Taffy i szczeniaczki", Mattel 2008 (mam też szczeniaczki i butelkę dla jednego, reszty akcesoriów nie było), "rozklekotany" labrador z różową obrożą.
Twilight Sparkle, mała figurka, Hasbro 2010 (właściciel pierwszy) oraz większa z "prawdziwym" ogonem, Hasbro dla McDonalds 2011 (właściciel drugi).

piątek, 13 marca 2015

Nie wierzę (w przesądy), czyli piątek 13go, SH i ja

Nie, nie wierzę w przesądy. A nawet gdybym wierzyła (a nie wierzę), po dzisiejszym dniu, musiałbym przestać.
W ostatnim czasie Katarzyna zaprezentowała swoje Starki... taką nostalgię miałam... W dzieciństwie miałam tylko jednego Superstara i był on moją najulubieńszą lalką-przyjaciółką ;-) Jakby mi tego mało było, dosłownie wczoraj, zaciekawiona nazwą, odwiedziłam pierwszy raz nieznanego sobie wcześniej amerykańskiego, lalkowego bloga i pobieżnie przeglądając zawartość więcej czasu poświęciłam przejrzeniu zakładki "moje lalki". A tam ona... Skipper... Tak mi się (znów) zachciało tej lalki... Kiedyś odpuściłam fajną aukcję "staruszki", ale to urocze mordki z superstarowych czasów wywołały ów wczorajszy sentyment.
Feralny piątek 13go, a mnie się wszystko i udało i ułożyło. Misterny plan, który zawierał m.in. zaległe odwiedziny "imieninowe", pozwolił nawet, przy tej okazji na wstąpienie (podczas oczekiwania na powrotny autobus) do dawno nieodwiedzanego przeze mnie SH. Nawiasem mówiąc, mam duży sentyment i lubię (zwłaszcza niektóre) te przybytki, a wśród nich zwłaszcza te ciucholandy, które ekhem... nie "pachną", takie w których rzeczy nie ciągną się kilometrami, a najbardziej takie, gdzie są zabawki, bo to (przynajmniej) zakłada obecność lalek. Dziś, choć dawno w SH nie byłam, a w tym konkretnym to już szczególnie, a jeszcze dawniej coś tam lalkowego/zabawkowego kupiłam, coś mnie tam ciągnęło.
 
Wchodzę bez większej nadziei, i od razu przez pierwszą większą salkę, do mniejszej: tam wszystko co lubię: chusty, torebki, zabawki. Omiatam szybkim "lókiem" zabawki reprezentacyjne przy wejściu - nic ciekawego, a przynajmniej nic, czego bym wcześniej nie widziała (wypatrzyłam jednego pelikana TY z tych większych, ale nie zawahałam się ani chwili). W małej salce same starsze panie... Przebierają chustki i (w sumie nie wiem co), bo już widzę, że w koszach nie ma zabawek... Smutno. Biorę pomarańczową arafatkę pod kolor do moich dzisiejszych butów. Myślę: "choć tyle będzie". Chcę dalej patrzeć na chustki, ale ogląda je ze obok starsza pani. Czekam na swoją kolej. Ale wtedy na oknie dostrzegam plastikowe pudełka - chustki są już stracone. W pudełkach na wierzchu miśki, cos co przypomina ochraniacze i rzeczy cóż... nie wiem jakie (tj. bardzo poniszczone). Zniechęcam się po raz drugi. Wyjmuję... Superstara, a zaraz potem... Skipper! I jeszcze ubranka (nie wiem czy oryginalne, ale czy to ważne). Nerwowo zbieram wszystko, ale panie widać nie są fankami Barbie mojego dzieciństwa, bo choć omiatają wzrokiem i ręką pudełka, nic mi nie umknie. Pakuję (prawie) wszystko do torebeczki z "kraty" i do ważenia. Waga łaskawa, wczoraj (czwartek) była nowa dostawa, więc dziś trochę taniej. Wszystko poważone daje taką cenę, że chce mi się śmiać, więc ze słowami "jak szaleć, to szaleć" i szalonym uśmiechem, płacę.
Rezygnuję z dwóch podartych ubranek, ale potem zaczynam żałować, że nie wzięłam jednego z nich - kenowych spodni, ale bez góry to... no wiecie... Pakuję wszystko, płacę, biorę resztę.
 
Ośmielona tym wszystkim pytam nową (bo nie znam, nie kojarzę), młodą (nie przyjrzałam się, ale obstawiałabym mój wiek, albo coś koło tego) sprzedawczynię:
-Przepraszam, a często macie Państwo lalki?
-No tak, czasami. Ale  TE ŁADNE to zawsze od razu sprzedajemy, we czwartek - dopowiada pani asekurującym się/przepraszającym/lekko zdziwionym tonem głosu i spogląda (nie)znacznie na moje lalkowe zakupy.
-Ładne? TE są najładniejsze! - odpowiadam z rozbrajającym uśmiechem. Widząc jednak jeszcze większe niż wcześniej zdziwienie malujące się na twarzy miłej pani, szybko dopowiadam: bo wie Pani, to są lalki z mojego dzieciństwa.
I zanim okaże się, że zdradziłam sprzedawczyni największy sekret marketingu ciucholandowego, przez co od teraz każda lalka, nieważne w jakim stanie, kosztować będzie co najmniej naście złotych (chciano mi tak sprzedać kiedyś, w innym SH nagusieńką, bosą, bidną Bratzkę), uciekam ze sklepu na autobus.
W drodze z przystanku do domu, drogę dwa razy przebiega mi czarny kot. A że hodowałam kiedyś takowego i nie, nie wierzę w przesądy, śmieję się mimo deszczu, mając w torbie wymarzone i "wypaczone" lalki.
 
Piątek 13go, czarny kot przebiegający drogę, rozbite lustro (dziś nie, ale ostatnio ze 3 lusterka poszły), nie wychodź w ten dzień z domu, to przynosi pecha... Nie, nie wierzę w przesądy. A nawet gdybym wierzyła, to dziś musiałbym przestać.
 
No dobra, nie był do końca czarny,
ale w końcu jest kot na moim blogu!
 
Oto one, wybaczcie zdjęcia, robione na gorąco (dosłownie też, bo na kocu), przed myciem "lepiących się nieco panien". Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie - niech pisze, chętnie uzupełnię im metryczki ;-)
 
Ubranka (z różnych "parafii").
Bardzo fajny ten żółty płaszczyk, ale... czy ktoś wie czy w ogóle da się sprać pisak?

Jakaś Barbie (Superstar): Island Fun Barbie, 1997.
Oczy niebieskie, delikatne cienie fioletowe, usta jasno różowe, włosy miodowy blond, lekko kręcone, za łopatki.
Niestety sklejone były czymś czerwono-różowym i mają ubytki. Poza tym OK, tylko dziury w uszach "domowe".
Sygnowana: ciałko 1966, głowa (sygnowana wewnątrz) 1976, Malezja.
EDIT: Wdzięczna Lunarh za identyfikację, donoszę, iż jest to Island Fun Barbie, 1987.

Jakaś Skipper [Czy może to być: Teen Fun Party Skipper? taka mi się znalazłą].
Oczy fioletowe, usta wg mnie pomarańczowe, włosy dwukolorowe - różne odcienie blond (z tyłu głowy miodowe).
Sygnowana: (standardowo: ciałko i tył głowy) 1987, Chiny.