Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monchhichi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monchhichi. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2015

Apdejt, czyli co słychać u moich ostatnich zdobyczy

Korzystając z okazji i z tego, że mam czas i chęć i... komputer pod ręką - spam zdjęciowy z akcji "uratuj lalkę z SH" ;-)

 
 Zwracam honor poprzedniemu właścicielowi Flerki -
rzęsy były wepchnięte do środka głowy, teraz myślę, że w transporcie.
 
 
A oto ona i one ;-)
 
 
Kąpiel odświeżająca... i strasząca gości w mojej łazience ;-)
 
 
Nigdy byście nie zgadli - pod skarpetami, trudnymi do zdjęcia sztywnymi butami...
Pippi nie miała dużych palców u nóg... Choć ich nie widać, postanowiłam je jej przywrócić.
 
 
A oto co z tego wynikło... cóż lepszy rydz niż nic...
 
 
Nie, to nie kurzajka ;-) To brak kawałka palca...
efekt końcowy wygląda lepiej!
 
 
Pippi i z panem Nilssonem, który ma nowo pomalowany na czarno nosek,
na pościeli z IKEI ;-)
Bluzeczkę uszyłam ręcznie i na oko, jeden rękaw był za krótki
- dodałam kawałek materiału w kratę.
 
 
Wielbiciele Fleur będą musieli jeszcze trochę poczekać - mój (anty)talent "szyciowy" przygotowuje ją i Sindy na ich (no dobra, na moją) trzydziestkę ;-)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Doll Kong, czyli sztuka zapełniania łiszlisty za złoty dwadzieścia (za głowę)

Miałam dziś pisać o czym innym, i miałam jak zwykle tysiąc pomysłów na tytuł (tak wiem, powinien być King Doll)...

Zdecydowanie muszę częściej marzyć w komentarzach na Waszych blogach (i na swoim też).
Prawie miesiąc temu marzyłam w Dollinie Sindy o choć jednej Fleur, a dziś, też o nich, u siebie odpowiadając na komentarz zbierającej je anikp.
Dlaczego o tym piszę? Po kolei...
Moja praca wymagała dziś wyjątkowo pójścia na miasto, przy okazji wracając na nogach do domu (półgodzinki spacerkiem, bo pogoda zdecydowanie lepsza niż w weekend), odwiedziłam przygrożny SH. Nie jest on takim sobie SH, to SH właściwie w centrum, przy ważnej komunikacyjnie ulicy... Dziś była dostawa, i nieco tłoku, ale godziny popołudniowe, więc nie spodziewałam się wielkich zdobyczy. 
Czy sprawił to remont ważnej miejskiej arterii, czy była to nagroda za spełnienie dobrego uczynku (głodnych nakarmić) ;-) czy też owoc cierpliwości/rzadkości wizyt w tym miejscu (nigdy nie znalazłam tam lalki)... w każdym razie nikt nie zainteresował się do tej 14:30 zabawkami, a może (na moje szczęście) nie znał się i dlatego pogardził. Może kiedyś i ja bym ominęła, bo miałam zasadę tylko Moxie, ale z niej zrezygnowałam, w dużej części dzięki Wam - pokazujecie takie piękności, że aż grzechem! byłoby choć jednej z nich (mimo, że nie Moxie) nie posiadać!
Oto, co leżało pod pluszakami... To iście hollywoodzka historia... (nie tylko dlatego, że zabawki na kila przecenione, mimo świeżej dostawy) wymaga więc odpowiedniej oprawy...

Spokojne miasto terroryzuje ogromny goryl wspinając się na jeden z najwyższych jego budynków...



To, że w ręku dzierży nóż nie przeraża aż tak bardzo jak to, że porywa ze sobą piękną dziewczynę...

Jaki tam goryl! - oburza się piękna jak kwiat dziewoja... To malutki dzidziuś, który w ręce ma nie nóż, a buteleczkę...
Tak, pod pluszakami zamajaczyło mi gołe ciałko - myślę: jakaś lalka, jest dobrze! A to jak się okazało, nie tylko jakaś!
To zdecydowanie TA lalka. Golutka, ciałko zwykłe, lata 80. z tego co poczytałam (tu i tu), włosy rude, bez grzywki, kucyk, ale z tego co widzę miały przedziałek, jakiś brud szminkowo-różowy na głowie... Co mnie przestraszyło, ale dopiero po powrocie do domu (wyszłam ze sklepu pospiesznie, nie oglądając się za siebie, bo za lalkę zapłaciłam mniej niż za najtańszy bilet komunikacji miejskiej): brak rzęs i loga Fleur. Co do rzęs - wyobrażacie sobie, że ktoś wyciął, a może lepiej będzie jak powiem: wypchnął je z oczu?! Na szczęście jestem już spokojna - są w czaszce, ale boję się na razie je wyciągać i wkładać na swoje miejsce. Uspokoiłam się też co do braku logo, jak doczytałam, są i takie egzemplarze.
Monchhichi (jego urocza histroria tutaj) też na fali dziecięcych chyba wspomnień mieć chciałam i proszę - jest, tylko duże (chyba gdzieś "u rodziców" powinnam mieć małe, ale nie jestem pewna).
Jako bonus... też dzisiejszy zakup - bohaterka jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa - Pippi. Wydanie "Made in China", metka ucięta, zostało na niej tylko: "C Astrid Lindgren'/Semic"... Lubię rudych, ale to to... tak brzydkie, że aż piękne. Miałam ją zostawić, ale jak stwierdziła sprzedawczyni, spoglądając na mnie dziwnie (pewnie myśląc: "przecież najlepsze zabawki to ja mam na regale za sobą/po co komu coś takiego/przecież to nie Barbie/niech ona nie dodaje po jednej rzeczy na wagę"): "Niech Pani da wszystko, to będą grosze". To były złotówki, ale i tak wzięłam wszystko.
No co się tak gapisz! Przecież to nie żaden Empire State Building, ale latarenka z Ikei. 
Kwintesencja szwedzkości, tak jak i ja!
PS Prócz ww. do przydasiów dołączyły plastikowy pojemniczek, porcelanowy talerz i giętki wąż... Może wystylizuję Fleur na biblijną Ewę? Na razie muszę wymyślić jak dodać do bloga coś w stylu zakładki w "wishlistą", skoro po wyjawieniu Wam, bracia i siostry w kolekcjonerstwie, moich lalkowych marzeń owe się spełniają... Myślałam, że zajmie mi to lata, zwłaszcza Fleur, bo budżet lalkowy przeżywa kryzys, a tu... Spełnienia marzeń i Wam życzę!