Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mattel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mattel. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 października 2020

The report of my death was an exaggeration, czyli mój i nie tylko mały kambek

 Dzień dobry/Dobry wieczór,

wracam, wracam i to po dłuuuugiej przerwie. 

Lalkowanie odłożyłam trochę w kąt, ale nie aż tak bardzo... Jak pisano w jednej z moich ulubionych gier: "Populacja lalek zwiększa się". Za to z blogowaniem było mi nie po drodze. Czas to zmienić :)

Na pierwszy ogień wykonany przez niezwykle utalentowaną osobę (dziękuję Marii!!!) repaint jednej z nowszych faszek wykonany na moje podobieństwo. W te deszczowe dni zasyłam kilka wakacyjnych fotek.


Oto i ona, moja własna mini-me :)



Przy lepieniu babek z piasku.


Zamiast baby wyszedł też niby Baby, ale Yoda...


Ja pływałam, mini pozowała...


Piękne wspomnienie wakacji na Lubelszczyźnie...

Pozdrawiam serdecznie i nadrabiam zaległości w przeglądaniu Waszych blogów!

Bądźcie zdrowi i uważajcie na siebie!

MoxieFun

środa, 21 września 2016

My (almost) American childhood..., czyli Rudowłosa/Lady Lovely Locks i Lemon Meringue/Strawberry Shortcake

Pogoda daje się nam wszystkim ostatnio we znaki... A mnie daje się we znaki mój komputer... Ten post miał się pojawić w moje urodziny, czyli spory kawał czasu temu, ale cały się skasował :( mimo zapisywania... zabierając ze sobą wszelkie chęci blogowania. Ale nic nie może przecież wiecznie trwać, więc postanowiłam skasowany, choć odchudzony, post odtworzyć.

Kiedy pogoda w wakacyjne dni wczesnych lat 90. była taka jak dziś, czyli deszczowa i chmurzasta, mała MoxieFun, korzystała chętnie z dobroci mieszkania w mieście. A były one (przynajmniej dla mnie) dwie: muzea oraz... wypożyczalnie kaset VHS (i kino!)! Sacrum stykało się z profanum, wielkie przestrzenie z setkami schodów w górę! z małymi, piwnicznymi "dziuplami". Na moim osiedlu było takich wypożyczalni kilka, najlepiej pamiętam trzy. To na kasetach w nich wypożyczonych oglądałam wszelkiej maści "prawdziwe" Godzille, dowiadywałam się, że Indiana to nie tylko stan USA, oraz (spojler!) czyim Vader jest ojcem (choć nie było to dla mnie aż takie zaskoczenie;-)). A obok wszelkiej maści filmów, zwłaszcza Kina Nowej Przygody, oglądałam oczywiście, jako dumna posiadaczka dwójki młodszego rodzeństwa, wszelkiego rodzaju bajki. Jedną z nich, dograną dla wykorzystania pustego jeszcze miejsca na kasecie z jakąś bajką pełnometrażową, chyba jako reklamowa zajawka była... "Lady Lovely Locks" czyli "Panienka/Królewna Rozkoszny Loczek", historia o dziewczynce - "księżniczce", o jej przyjaciółkach ludzkich (pokojówkach o imionach Mała Grzywka ang. Maiden CurlyCrown i Rudowłosa ang. Maiden FairHair) i zwierzęcych (długowłose i długoogoniaste "chochliki" czyli Pixietails), o księciu zaklętym w psa, o niewidomym (chyba) i dobrym (na pewno) magu oraz złej (choć wcale nie starej ani nie brzydkiej) czarownicy. Jako posiadaczka długich włosów z miejsca zakochałam się w Lady Lovely Locks... Gdybym wychowała się w Stanach zapewne jej wersja lalkowa zagościłaby na mojej półce, ale w Polsce... nikt o takiej lalce (a żeby tylko o lalce, o bajce nikt nie wiedział, no chyba że ja) nie wiedział. O tym, że są i jakie są dowiedziałam się z bloga Kidy, która jak dobrze pamiętam ma księcia. Ale LLL przybyła dla mnie w inny sposób - jako lustereczko i szczotka do włosów z jej emblematami, które otrzymałam od amerykańskiej rodziny. Niestety lusterko nie zachowało się w dobrym stanie, a szczoteczka zaginęła, ale bawiło się nimi tyle dzieci.... lecz najpierw moja siostra i ja, w ciągłym wyścigu o laur najdłuższych włosów, tak długich jak u LLL. PS Wciąż wygrywam, ale nie są jeszcze ;-) tak długie.
Oglądając zdjęcia laleczek LLL stwierdziłam, że z wielką chęcią przygarnęłabym te mattelowskie cuda, toteż, gdy tylko zobaczyłam pewną buźkę na byłej tablicy, byłam pewna, że to buźka nie tylko mi znana, ale i pożądana. Tak oto, za niewygórowana cenę, zakupiłam od przemiłej pani Pauliny Rudowłosą - jedną z pokojówek/przyjaciółek LLL w stroju swojej koleżanki. Razem z nią przybyła starsza nieco od niej lalka, bo pochodząca z drugiej serii laleczek Truskawkowe Ciastko od Kennera (dokładny opis mojej dziecięcej laleczki po ang. tutaj a retrospektywę serii również tutaj) - Lemon Meringue :-) czyli Tarta Cytrynowa.
Co oprócz mojego dzieciństwa, wspólnego ich zakupu, świetnego zachowania i ogólnej uroczości łaczy Cytrynkę i Rudą? Obie to postacie stworzone przez firmę projektującą okolicznościowe kartki pocztowe - American Greetings, która przez lata dostarczała przemysłowi animatorskiemu i zabawkarskiemu solidnych porcji pomysłów. Wystarczy wspomnieć Troskliwe Misie (znałam tylko z bajek, ale brat miał już mini misie), Popplesy (te już miałam, w dzieciństwie tego, ale na starość udało mi się dokupić jeszcze dwa inne). Choć między obiema lalkami jest jakieś dziesięć lat różnicy, to obie wywołały miłe wspomnienia, zarówno bajkowo-fałhaesowe, jak i lalkowe. Jako dziecko posiadałam bowiem kennerowskie Truskawkowe Ciastko, jego domek/kawiarnię z prawie pełnym wyposażeniem oraz trzy mini pachnące figurki z tej bajki: dwa TR (in her nightgown, with tree berries) i jedną Blueberry Muffin (with her hoe). Co ważne, to lalki sprzed mojego urodzenia, a mam je do dziś.

Jeśli spodobało się Wam moje (prawie) amerykańskie dzieciństwo, zapraszam do pierwszego posta z tego cyklu, o tutaj.

A teraz, dla cierpliwych, omawiane laleczki po przybyciu do mnie, w kolorach lata...






czwartek, 17 września 2015

Znów bezręka Monsterka (a nawet dwie), czyli nierozłączni Cleo de Nile i Deuce Gorgon

Monsterek właściwie nie zbieram, ale czasem się (przy)trafią. Jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch Lagoon (w tym jednej autorskiej od Inki! Dziękuję <3), wspaniałej i wszystko mającej Skelity, jednej Rochelle za 70 groszy (więcej o niej tutaj) oraz... no właśnie oraz pewnej uroczej parki.
Historia jest z grubsza taka: było ogłoszenie na monsterki po 5 (słownie: pięć) złotych, w tym Clawdeen, Draculaura, Frankie, Abbey (akurat tę bym chciała, bo niebieska; Frankie chcę, ale ta była z serii która mi nie leży) i Deuce (potem okazał się, że na równoległym są barbiowe i jeszcze Cleo). Patrzę - ze trzy godziny temu dodane - zapytam. Okazało się, że został tylko Deuce i Cleo bez ręki. A że wysyłka była bardzo tania - zapytałam, czy ceny lalki bez ręki nie dało by się opuścić?... Miła pani opuściła cenę, ale z wiadomości bez znaków przestankowych coraz bardziej zaczęło wynikać, że Deuce też owej jednej ręki nie ma. Pani więc koniec końców obniżyła obie lalki - poszły za 3,50 sztuka (trzy pięćdziesiąt). Rekordu nie pobiłam, ale to zawsze cieszy.
Oczywiście ja o MH wiem tyle co nic, ale pomyślałam tak (zanim brak ręki Deuca wyszedł na światło dzienne): 1. Ale pech! Tamte były kompletne (ale zaraz potem) 2. Biorę! Mumii się bandaża dorobi... 3. To Gorgon tez bez ręki?! - To mu się węża dorobi!
Parka nie znajdowała się na mojej łiszliście, choć wielokrotnie podziwiałam je u Was, to jednak przekonana nie byłam: od Deuca, choć węże lubię wolałam Jacksona Jekylla, a Cleo, choć kocham starożytny Egipt wydawała mi się aż nazbyt naburmuszona. Ale skoro trup i to po taniości - to u MoxieFun zawsze dom znajdzie.
O MH nie wiem nic, więc dowiaduję się, jak chcę je opisać... I jak zwykle bardzo mnie ucieszyło to, czego się dowiedziałam. Okazało się, ze mam rękę... po bliższym przyjrzeniu się zdjęciom i biografiom Cleo i Deuca okazało się, że są parą i byli sprzedawani w dwupaku (a ja ich z dwóch ogłoszeń "złożyłam" w przesyłkę) i to najprawdopodobniej taki dwupak do mnie trafił i to z pierwszej serii (Basic)! A oni nie mają... rąk różnych (a Deuce fragmentu kciuka i ma pogryzione stopy - ale tego nie widać, bo obuty) w miejscach wprost wymarzonych do dolepienia im brakujących (wy)tworów: Deuce'owi dokleiłabym węża poniżej "tatuaża", a Cleo bandaż na tej ręce, gdzie w oryginale miała materiałowe bandaże.



Zanim zdjęcia "real foto", rozwiejcie moje wątpliwości i mi poradźcie:
1) Czy dobrze ich zidentyfikowałam, zwłaszcza Cleo - na wszystkich zdjęciach w necie ona ma coś niebieskiego (gwiazdkę?) na prawym policzku, a moja nie? 
2) Z czego robi się brakujące kończyny (i - jakkolwiek to zabrzmi - węże) dla lalek, z czego wy byście je dokleiły?
Znacie, wiecie - piszcie!
Oczywiście brak rąk, jak wiecie z wpisu o Rochelle, mi w sumie nie przeszkadza wizualnie, choć fajnie tymi łapkami pozują... ale jakby ktoś coś kiedyś... to moja Roch bez obu rąk chodzi, a parka jak wyżej... to jak wyżej ;-) i niżej :-)


Jeszcze w kopercie :-)

Już na wolności!
PS Wybaczcie jeszcze gorszą jakość zdjęć niż zwykle, te były robione w bardzo słoneczny dzień,
a nie mam na tym komputerze przy którym pisze nic, co by to mogło poprawić.


Inne rąk braki, a takie same w makijażu (prawa brew).



Przy wrzosie - prawda, że nic im nie brakuje?

Pozdrawiam! MoxieFun

wtorek, 7 lipca 2015

My american childhood, czyli amerykańska Netossa (She-Ra Princess of Power) wprost z Polski

Moje "recyklingowanie" lalek tj. dawanie drugiego życia tym używanym nie zaczęło się kilka lat temu. Jak tak o tym myślę, pewnie zaczęło się nawet więcej niż 25 lat temu...
A było to tak. Mam niezbyt polskojęzyczną rodzinę w Ameryce - nasze relacje falują niczym sinusoida Krzyżanowskiego i w sumie niewiele mogę o nich powiedzieć w późnych latach 80. i wczesnych 90., bo byłam za mała. Ekscytujące (ponieważ lubię dostawać prezenty, obojętnie jakie, lubię tę przyjemność odkrywanej niespodzianki) wtedy było dla mnie to, że czasem przychodziły paczki, a w nich ubrania, zabawki. Oczywiście miałam mnóstwo kuzynostwa i je, jako starsze należało obdzielić lepszym... Ale byłam dzieckiem, które cieszyło się ze wszystkiego i nie chciało zbyt wiele (kiedy miałam okazję dostać nowych, amerykańskich! Barbie i Kena poprosiłam tylko o Kena, bo Barbie już miałam, używaną, po kuzynce). Do dziś pamiętam gdzie byłam i jaka była pogoda gdy dostaliśmy (dziś wiem, że kennerowskie) Truskawkowe Ciastko z jego domkiem, pachnące prawdziwą truskawką i do tego małe figurki innych postaci z tej bajki (teraz wiem, kto zacz i że bajka, wtedy często dostawało się coś o czym nie miało się pojęcia, a co to było, człowiek dowiaduje się dziś), były też (tak, dopiero teraz to wiem) Popplesy i Jem od Hasbro i lalki, których nie mogę sobie przypomnieć, ale z twarzy nie przypominały Barbie ani Jem. Mieliśmy też, hm... mamy całkiem pokaźną kolekcję figurek z animowanego He-Mana dziś już w stanie mocno zużytym, ale działa(ją)!, choć mają ponad 30 lat i przeżyły co najmniej czworo dzieci, a pięć-sześć to już na pewno. Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam ich zdjęcie na nostalgiczno-wspomnieniowej amerykańskiej stronie z podpisem mniej-więcej takim: Pamiętacie? Mieliście takie w dzieciństwie? pomyślałam: No pewnie, że tak, tak! Miałam zatem prawdziwie amerykańskie dzieciństwo i to w Polsce na przełomie lat 80. i 90. XX wieku.
Wśród wspomnianych He-Manów, jego antagonistów i protagonistów były i lalki - mattelowskie: księżniczka Adora czyli She-Ra oraz królowa Angella. Nie pamiętam już dziś, bo i nie mogę czy były nowe, a jeśli już prędzej She-Ra siostry (pamiętam, że miała większość dodatków i był też jakiś rozkładany komiks o porwaniu jakiegoś dziecka - być może była to wkładka do tej lalki, mówiąca o jej życiu - znalazłam taki w sieci, ale nie jestem pewna czy to ten; musiała być też jakaś wkładka ze zdjęciami i podpisami lalek, bo niby skąd nieznające angielskiego ani bajki o Księżniczce Mocy kilkulatki miałyby znać imiona swoich lalek ;-) znałyśmy He-Mana, ale nie przeszkodziło nam to w mariażu iście lucasowskim - z powodu naszej niewiedzy Adora była u nas zawsze żoną Adama, swego bliźniaka) niż moja Angella. Moja różowa Anielica była czesana tak poważnie, że aż tata musiał dwa razy sklejać jej głowę, bawiona tak wytrwale, że aż złazi z niej farba, a skrzydeł, które ma do dziś, nie może już zakładać, bo bolce mocujące się złamały. Jest od kilku lat przy moim łóżku, lalka starsza ode mnie o rok, którą pamiętam od zawsze.
Dzisiaj jednak nie o niej, a o lalce, której w życiu bym nie poznała, gdybym od ponad 25. lat nie "bawiła" się Angellą. Znalazłam ją wśród bobasków na lokalnym portalu i nie mogłam uwierzyć własnym oczom - patrzyłam bowiem na moją Angellę, ale AA! Ten mold jest tak unikalny, a zarazem taki sam dla wszystkich lalek z serii She-Ra Princess of Power, że nie sposób pomylić go z żadnym innym, nawet na kiepskim zdjęciu.
Netossa, bo o niej mowa, jest ekstremalnie (sami wiecie, przecież to AA) rzadką lalką, być może dlatego też, że była  jedyną ciemnoskórą bohaterką bajki o dzielnej Adorze! Jest też chyba jedyną bohaterką tej bajki, która swoje niezwykłe umiejętności łapania wrogów w zawieszone na plecach sieci, posiadła nie dzięki magii, lecz dzięki wytrwałemu treningowi... Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że widzę ją i to jeszcze w części jej oryginalnego stroju (lalki z tej serii mają (na)malowane wysokie buty! i "strój kąpielowy" pod prawdziwymi ubrankami z materiału i materiałowo-plastikopodobnych tworzyw sztucznych) w Polsce. Może ktoś też miał tak jak ja amerykańskie dzieciństwo, a może kupił w SH, dziecko się pobawiło i poszło na sprzedaż? Nie wiem, wiem, że kontakt ze sprzedawcą był przemiły, a sama lalka kupiona za 3 złote (choć literalnie nie sama, dostałam do niej gratis bobaska Zapf) bardzo mnie ucieszyła przed niemiłymi badaniami. Lalka w bieli, błękicie i srebrze, o dziś wyglądających na zielone, a nie niebieskie włosach, okazała się moją równolatką, przynajmniej w sygnaturze - mold ten sam, ale mocowanie głowy inne; Angella i She-Ra jako lalki rok starsze (sygnowane datą 1984), mają ciało plastikowe odlane wraz z szyją, na którą nasadza się gumową głowę - mogą jedynie obracać ją na boki; Netossa może już kręcić głową kółka jak na rozgrzewce na wuefie - do szyi, "wklęsłej" w środku wsadzono przezroczysto-białą kulkę bez kotwiczki, jak w (niektórych? moja siostra takiego miała) Superstarach. Lalka była mało używana, do tego stopnia, że gumka utrzymująca spięte w warkocz włosy rozkruszyła się przy dotknięciu.
To naprawdę niesamowite, że ją mam! (I to z olx! Ostatnio prawie miałam stamtąd moje wymarzone BFC, ale osoba od której chciałam kupić sprzedała komuś innemu, choć byłam pierwsza w kolejce, mam tylko nadzieję, że którejś z Was!)
Wybaczcie kiepskie zdjęcie, pochodzi z dnia przybycia, bo Net została zapudełkowana. Lepsze i w pełni chwały, macie tutaj.
 W folii i taśmie.
 Widzę... nóżki? Niby zdjęcie spod lekarskiego gabinetu, ale żeby aż tak...
Bobasek Zapf i Netossa - ciekawe rodzeństwo z jednego... listu ;-)

UWAGA! Poszukiwana dobra dusza w Olsztynie! - znalazłam kolejną dżokejkę dla mojego Konia, niestety odbiór tylko w tym pięknym mieście... Dziękuję za UWAGĘ!

BONUS: PONIŻEJ MOJA LALKA Z DZIECIŃSTWA, ANGELLA. Niech patrzą zwłaszcza ewentualni kandydaci do mojej ręki, co robi z człowiekiem ponad 25. lat w moim towarzystwie;-)


wtorek, 23 czerwca 2015

Życie zaczyna się po trzydziestce, czyli (po)urodzinowi: Kostka i Kuba (Skelita i Jake)

Niezmiernie pięknie dziękuję wszystkim za życzenia! Zaraz będę odpisywać po kolei, ale najpierw - prezenty!
Chodzę cała szczęśliwa w środku, bo dostałam moje wymarzone lalki: Jake'a od Spin Master (Jake szuka dziewczyny, jakby co) oraz Skelitę Calaveras. Towarzystwo jest w tym samym wieku szkolnym ;-) ale jeszcze się nie poznali osobiście... 
Poczytałam sobie "ideologię" do Skelity i muszę Wam powiedzieć, że nie mogłabym wybrać sobie lepszej lalki, gdybym chciała wybrać swoje lalkowe alter ego, ponieważ (nie, nie jestem już tak koścista jak ona) Mattel twierdzi, że jest ona bardzo rodzinna, dumna ze swego dziedzictwa, łatwo nawiązuje kontakty, choć czasem woli swoją pasję niż je, bywa nieśmiała, jest bezinteresowna i oryginalnie się ubiera. Taka laurka ;-) A bardziej serio: lubię kości (danse macabre... itp., kiedyś miałam być archeologiem), lubię kulturę meksykańską, a przynajmniej malarstwo Fridy Kahlo (a to lubienie zaczęło się jeszcze przed "Fridą") i kiedy zobaczyłam pierwszy raz Kostkę, wiedziałam że chcę ją mieć. Widziałam ją z serii Upioryżowej i myślałam, ze nie ma piękniejszej, ale jest. Jest! I jest to ta, którą dostałam: z serii "Art Class" (druga seria, w której się pojawiła, z 2013). Wszystko mi się w niej podoba: i dodatkowy odcień włosów (niebieski/turkus!), i sukienka i buty i dodatki i to, ze robi ceramikę! Ale fajnie! Ja tam coś tam kiedyś tam lepiłam, ale nie wypalałam (modeliny gotowane, glina suszona), tak mi się skojarzyła z Kidą i jej dziełami, więc mi jeszcze milej. Niezbyt dawno właśnie u Kidy rozmarzałam się nad posiadaniem Skelity, za którą oczywiście się rozglądałam, ale nawet nie zdążyłam umieścić jej na łiszliście, bo już jest u mnie! Miałam jej nie rozpakowywać (żeby się nie zepsuła), wystarczyła jednak jedna sugestia (przypomina bohaterkę "Księgi życia" [polecam film: jest miłość, jest gitara, jest świnia, są kościotrupy - jest wszystko! bajka u nas nieznana praktycznie, nie było jej w kinach tylko na nośnikach, choć nowa], rozpakujmy ją!) i wyswobodziłam Skelitę i jej akcesoria.
Jake to po prostu Jake, o ile Skelitę myślałam, że zdobędę, to w Jake jakoś nie wierzyłam... Oboje odpuszczałam,  gdy chodzili taniej, ale to Jake powinien mieć do mnie większe pretensje - był jedynym chłopakiem od Livek, w ostatniej ich serii - a ja lata! tego nie wiedziałam! [BTW: zawsze uważałam, ze to dość ironiczny zabieg nazywać ostatnia serię (wave) lalek, choćby i plażową "Making Waves"] Oczywiście zaczął się pojawiać, ale w cenach koszmarnych... Kasia z Dziwaczkowa pocieszała, że będę mieć swojego, ale ja tylko umieściłam go na łiszliście, ale nie liczyłam, że go kupię, nie w najbliższym czasie... A teraz! Mam Jake'a, a Jake ma wszystko czego mu trzeba, a nawet więcej - bo dodatkowo koszulę, chyba kenowską, w niebieską kratę. Jake > Jacob, więc mówię na niego Kuba, bo gdybym była trzydziestolatkiem, a nie "ą" to tak miałabym na imię. 

Mam więc dziś 30. lat i tydzień i "parkę": Kostkę i Kubę - życie naprawdę zaczyna się po trzydziestce!!!










PS Skelita pozuje w moich ulubionych kwiatach, kojarząc się dodatkowo z mickiewiczowskimi "Lilijami" [To lubię!], a Jake w różach (niespodzianka od moich uczniów).

Bardzo dziękuję wiernemu Tomaszowi z familią i magji za piękne i niespodziankowe prezenty!
Dobrze wiecie, że sama bym ich sobie nigdy nie kupiła :-D

wtorek, 9 czerwca 2015

Dwie parki, czyli wygimnastykowane: Stefania i Barbara oraz bobaski: Kapustek i eNeNek

Dziś dwie dziewczyny i dwóch chłopców, cztery różne firmy, lalki znane, ale jednak nie.

Po pierwsze Stefania. To oczywiście stara Steffi Love, spod Hali Targowej, znana Wam już z tego posta. hojnie obdarzona przez producenta artykulacją. Nie, nie wiem kto ona, na potrzeby fotorelacji, wymyśliłam sobie, że będzie nieustraszoną pogromczynią dzikich zwierząt, zwłaszcza węży (ja tam lubię, ale jestem w mniejszości). Sukienkę uszyłam na oko: wycięłam kieszeń ze starych jeansów, zwinęłam w rurkę, wykończyłam dwoma szlufkami i jest. Sygnatury: Simba-Toys Steffi Love [głowa] i Simba (ze słoniem) Made in China [ciało].

Steffi Love
 
Była starość, są i "nowości" z zeszłego wtorku. W SH była dwa razy: po otwarciu (dzikie tłumy) i po południu (mniej dzikie, ale nadal tłumy). Rano wyniosłam prócz poniższych miśka Build-A-Bear za 70 groszy i zafascynowałam się bobasem anatomicznym, który już nie zmieścił mi się do torby i którego sygnatur nie znałam, więc zachciało mi się poznać. Wróciłam więc po południu i opłacało się, bo trafiła mi się...
 
Po drugie Barbara, wcale (u mnie) nowa, za lewe pieniądze (kosztowała 9, obniżyli mi na 7) na Dzień Dziecka nabyta. Wyciągnięta z koszyka z czapeczkami dla dzieci za drugim, popołudniowym podejściem do dnia przeceny, mattelowska Barbie, też hojnie, choć nieco skromniej niż Steffi, artykułowana. Podejrzewana o bycie Gymnast Barbie, u mnie miała być raczej (te zmasakrowane, za krótkie na wszystko włosy) tancerką w typie Maddie Ziegler. Nie miałam jednak dobrego koloru na body, więc użyłam białego i ozdobiłam srebrnym sznureczkiem; z tyłu nie jest aż tak udanie, ale kto by tam patrzył. Sygnatury: Mattel 1976 [głowa] i 1993 Mattel China [ciało].

Barbie, NN
 
Po trzecie Kapustek. 70 groszy. Z pierwszego (rannego) podejścia do przeceny. Członek rodziny Cabbage Patch Kids, podejrzewany o bycie chłopcem. Z tą linią lalek zapoznałam się dość wcześnie - moja siostra miała twardogłową dziewczynkę - lalka była urocza, ale nie opłacało się denerwować Młodej, gdy miała ją w rękach. Auuuć! Gdzieś tam mam jeszcze ze dwie dziewczynki, ale dzisiejszą Kapustkę podejrzewam o bycie chłopcem, bo cały niebieski. Ponadto jest mięciutki i ma w głowie grzechotkę. Tym by siostra nie pobiła, oj nie. Lalki wymyślił i sygnował Xavier Roberts. W ogóle "strasznie" urocza historyjka/bajka założycielska tych laleczek, cieszę się, że mam kilka, zakupionych jeszcze przed erą mojego tzw. kolekcjonerstwa. CPK były i są produkowane przez różne firmy począwszy od 1978 roku. Mojego chłopczyka podejrzewam, za niniejszym zdjęciem, za bycie dziełem Hasbro na podstawie tego zdjęcia i opisu (czyli lata 1988-1994), ale nie jestem pewna - lalka na zdjęciu ma inne usta niż moja. Sygnatury: CPK [na ubranku] i Cabbage Patch Kids Babyland Collecion (na metce).

Cabbage Patch Kids
 
Po czwarte eNeNek - lalka anatomiczna, chłopiec z brązowymi oczami, nieznanej mi firmy i w nieznanym wieku. 70 groszy z drugiego podejścia do SH. Miałam nie brać, bo duży, bo brudny (jeszcze go nie domyłam) i już szłam na drugą salę go oddać, gdy usłyszałam jak starsze małżeństwo komentuje ją: "Jaka śliczna lalka, zobacz nawet takie tu są! I nie trzeba ubierać!" No więc jak śliczna, to choć duża i wzbudza u mnie uczucia staropanieńskie (chyba każdy miał jaką ciotkę starą pannę, która trzymała w salonie lalkę?), to biorę! Niestety nie wiem kto to, co w dzisiejszym poście nie dziwi. Sygnatura (dość dziwna): 40 (Z) 1 G [to (Z) jest w takim jakby słoneczku/kwiatku o 12 promykach/płatkach). Dzięki Szarej Sowie wiem już, że jest to bobas od Zapf Creations! Okazał się, że ów kwiatek z "Z" w środku to sygnatura tej firmy gdzieś z lat 80. XX w., a reszta to pewnie oznaczenie serii/linii lalek. Dziękuję serdecznie za pomoc! TUTAJ wpis Szarej Sowy o Zapf i zdjęcie rzeczonej sygnatury.

It's a BOY!

Włosy jak Wodecki... ale lalek NN
 
Może ktoś-coś? Jeśli znacie moje najnowsze lalkowe domowniki - piszcie. Dziękuję!
 
 
PS A na koniec, dla cierpliwych, historyjka o moich nowych (współ)lokatorach.
 
Scena pierwsza i kolejne: Jak powstał strój Barbary...


 

Zabawy z szarfą kończą się pomysłem na nowy kostium do ćwiczeń.

 
Barbara odwiedza swoją koleżankę Stefanię, równie wygimnastykowaną co ona...
Nie wie, że Stefania zajmuje się teraz tresurą węży, dlatego spokojnie rozgaszcza się w mieszkaniu koleżanki...




 O nie! Gdy Barbara suszy włosy po kąpieli, spod ławy wypełza wielki wąż!
Barbara krzyczy przerażona, a włosy stają jej dęba: Ratunku!

 Stefania przybiega i znajduje przyczynę przerażenia Barbary.
- To mój pupilek, wabi się Reggie! - wyjaśnia Stefania i już po chwili obie przyjaciółki
relaksują się rozmowa w towarzystwie niegroźnego węża.

 A co słychać u eNeNka i Kapustka?
Wygląda na to, że też się relaksują...

Prawie jak do chrztu, prawie jak dziewczynka. Prawie.